Najlepszy i Polecany Prawnik Adwokat Radca Prawny Kancelaria Prawna

Aktualizowano:


Czas czytania:
11 minuty

Polskie prawo nie przewiduje szczególnej, odrębnej regulacji obejmującej czyny nieuczciwej konkurencji w Internecie (takiej jak np. amerykański Anticybersquatting Consumer Protection Act). Ochrona ta wynika więc z aktów normatywnych o charakterze ogólnym: ustawy z dnia 16 kwietnia 1993 roku o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (dalej: u.z.n.k.), ustawy z dnia 30 czerwca 2000 roku Prawo własności przemysłowej (ochrona znaku towarowego; dalej: p.w.p.), ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 roku Kodeks cywilny (ochrona firmy przedsiębiorcy, ochrona dóbr osobistych; dalej: k.c.) oraz ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

 

Czyny nieuczciwej konkurencji w Internecie

Katalog „internetowych” czynów nieuczciwej konkurencji ma charakter otwarty – nie sposób jest przewidzieć wszystkich możliwych naruszeń za pośrednictwem sieci. Zabieg taki nie byłby też celowy – pomysłowość nieuczciwych przedsiębiorców jest niemalże nieograniczona; co chwila identyfikujemy nowe typy naruszeń. Z tego względu poniżej przedstawione zostały typowe, najczęstsze sposoby naruszania konkurencji w Internecie. Należą do nich:

  • cybersquatting;
  • typosquatting;
  • użycie cudzego znaku towarowego w metatagach i w keyword advertising;
  • linking i framing;
  • rejestracja domen internetowych zawierających cudze znaki towarowe (np. w celu wyrażenia opinii);
  • wordstuffing.

Cybersquatting i typosquatting

Cybersquatting i typosquatting polegają, w ogólności, na nieuczciwym wykorzystaniu nazwy domeny o dużym stopniu podobieństwa do innych, znanych nazw. Celem takiego działania jest wprowadzenie w błąd użytkownika sieci, a także pasożytnicze wykorzystywanie renomy przedsiębiorcy.

Cybersquatting polega na utrzymywaniu domen internetowych identycznych z nazwami znanych marek przez podmioty nie posiadające praw do tych marek, w szczególności utrzymywanie rozmaitych wariantów domen, obok domeny podstawowej – domeny z rozszerzeniami .net, .org, .info, itp. Za cybersquatting uznaje się także rejestrację jako domen internetowych nazw, które nie są identyczne z zastrzeżonymi znakami towarowymi, ale w dużym stopniu kojarzą się z marką firmy, jej usługami lub produktami. Najczęściej domeny te są utrzymywane w celu ich odsprzedania właścicielowi marki za znaczne kwoty.

Jako przykład cybersquattingu można podać spór o domenę mikerowesoft.com. Siedemnastolatek, Mike Rowe, postanowił zarejestrować domenę MikeRoweSoft.com. Uznawał to za ciekawy sposób promocji własnego nazwiska. Sprawa spotkała się z wezwaniem przez firmę Microsoft do zaniechania korzystania z domeny. Ostatecznie domena została usunięta.

 

Warto wiedzieć:

Prowadzenie konkurencyjnej do właściciela marki działalności w oparciu o taką domenę stanowi dowód popełnienia czynu nieuczciwej konkurencji. Ponieważ jednak domena z danym rozszerzeniem jest blokowana, a za pomocą różnych technik, np. linków, może nawet doprowadzić do przekierowania na stronę konkurenta, właściciele marek – również w celu uniknięcia długotrwałego procesu – często godzą się odkupić taką domenę.

 

Typosquatting polega na posługiwaniu się nazwami domen internetowych powstałymi z przekształcenia nazw popularnych marek, w szczególności wykorzystywaniu „literówek” w ich pisowni (np. facebokacebook zamiast facebook) i tym samym przekierowywaniu użytkownika na własną stronę www.

Zarówno cybersquatting jak i typosquatting mogą przynosić naruszycielom duże korzyści finansowe, np. w związku z uzyskiwaniem opłat za każde kliknięcie na link lub reklamę umieszczoną na takiej stronie, bądź też za samo wejście na stronę, na której wyświetlane są reklamy. Jako przykład warto wskazać przypadek Kevina Hama, który na wykorzystywaniu omyłek użytkowników sieci we wpisywaniu nazw stron internetowych dorobił się majątku rzędu 300 mln USD.

 

Cybersquatting na marce Microsoft

Jednym z głośnych przykładów cybersquattingu w Polsce było posługiwanie się przez łódzką spółkę domeną microsoft.pl. Spółka ta próbowała sprzedać domenę na aukcji internetowej (oczywiście oferta ta cieszyła się dużym zainteresowaniem – potencjalni nabywcy oferowali nawet do 25 000 złotych). Ostatecznie, na skutek sporu sądowego zakazano używania przez łódzką firmę słowa “microsoft” w swojej nazwie i w domenach internetowych, spółka musiała także wypłacić firmie Microsoft odszkodowanie w wysokości 30 000 zł. Sąd polubowny ds. Domen Internetowych przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji uznał, że w momencie rejestracji domeny marka “microsoft” była już w Polsce powszechnie znana (sprawa miała miejsce w 2004 roku).

 

Metatagi i keyword advertising

Metatagi to wyrażenia „przypisane” do określonej strony internetowej, dzięki którym można wyświetlić strony, które zawierają określone wyrażenia. Jest to więc określony kod, nie zmieniający warstwy wizualnej strony, lecz wpływający na częstotliwość wyświetlania określonej strony w wyszukiwarkach. W podobny sposób działają tzw. słowa kluczowe – niektóre wyszukiwarki wykorzystują takie słowa-klucze, zawarte w treści stron internetowych, które nie muszą być wcale widoczne dla użytkownika.

Z pojęciem słów kluczowych wiąże się także problematyka keyword advertising. Działanie to polega na wybieraniu przez reklamodawców słów kluczowych w ramach umowy między operatorem wyszukiwarki a reklamodawcą (w ten sposób działa np. usługa Google AdWords). Przy wpisywaniu w wyszukiwarkę danego słowa, które może być cudzym znakiem towarowym, oprócz listy znalezionych stron internetowych ukazuje się w pierwszej kolejności reklama podmiotu, który kupił dane słowo (tzw. linki sponsorowane).

 

Warto wiedzieć:

Działanie takie może prowadzić do wykorzystywania przez reklamodawców renomy cudzego znaku towarowego. Wiąże się także z ryzykiem rozwodnienia znaku czy też wprowadzeniem odbiorców w błąd co do pochodzenia reklamowanego towaru lub usługi.

 

Podobnym zagadnieniem jest tzw. wordstuffing, który polega na używaniu na stronach internetowych określonych fraz lub wyrażeń w kolorze strony internetowej, co jest niewidoczne dla użytkownika, ale rozpoznawane przez wyszukiwarkę. Działanie to również ma na celu pozycjonowanie strony w wyszukiwarce.

 

Linking i framing

Problematyka czynów nieuczciwej konkurencji związanych z odwołaniami jest szeroka. Linking to odsyłanie do innych stron za pomocą tzw. odnośników (ang. hyperlinks, links). Framing zaś polega na podziale strony na wyodrębnione „ramki” (ang. frames), które stanowią odnośniki do innych stron.

 

Warto wiedzieć:

Posługiwanie się tymi technikami jest zgodne z prawem, jednak w określonych przypadkach wykorzystanie ich może prowadzić do naruszenia konkurencji. Przede wszystkim wiąże się to ze wspomnianym powyżej pasożytniczym wykorzystywaniem renomy innego przedsiębiorcy, jeżeli podmiot dzięki linkowaniu do treści umieszczanych przez inne podmioty zdobywa odbiorców lub klientów, którzy zwiększają jego przychód. Przychód ten może pochodzić nie tylko z tytułu pozyskania nowych klientów, lecz również z tytułu wyświetlanych na stronie reklam. Framing może także prowadzić do naruszenia praw autorskich, poprzez wprowadzenie w błąd użytkowników strony co do autorstwa części lub całości utworu.

 

Utrzymywanie domen w celu wyrażenia opinii

Zdarzają się sytuacje, gdy dochodzi do rejestracji domeny, która ośmiesza znaną markę lub firmę. Jako przykłady takich naruszeń można wskazać takie domeny jak konieciti.pl, czy też walmartsucks.com. Zdarza się jednak, że ochrona innych praw uzyska pierwszeństwo przed ochroną znaku towarowego.

 

Forum „Nasza Biedronka”

Jako typowy przykład odmowy ochrony znakom przed ich wykorzystaniem w domenach można wskazać sprawę dot. domeny naszabiedronka.pl. Były pracownik sklepu Biedronka zarejestrował domenę naszabiedronka.pl w celu wymiany opinii o tej sieci – w formie forum. Spółka zarządzająca znakami towarowymi w imieniu właściciela sieci dyskontów wniosła do Sądu Polubownego ds. Domen Internetowych pozew o stwierdzenie naruszenia jej praw ochronnych do znaków towarowych. Spółka zarzuciła pozwanemu także naruszenie dóbr osobistych w związku z faktem, że wiele komentarzy umieszczanych na forum było niepochlebnych dla spółki. Sąd stwierdził jednak, że nie doszło do użycia znaku towarowego w celu gospodarczym lub zawodowym. Ponadto, Sąd zwrócił uwagę, że pozwany nigdy nie sugerował istnienia jakichkolwiek związków z siecią. Zdaniem Sądu pozwany nie dążył do osłabienia renomy sieci Biedronka, lecz po prostu prowadził portal o charakterze informacyjnym. Sąd uznał więc, że w tej sytuacji prawo powoda musi ustąpić konstytucyjnej wolności wypowiedzi.

 

Jak walczyć z nieuczciwą konkurencją w Internecie?

Internetowym naruszeniom należy zapobiegać poprzez rejestrację domen z różnymi rozszerzeniami, np. nie poprzestać na utrzymywaniu domeny z rozszerzeniem .pl, i zgłosić także inne, takie jak .info, .com, .eu. W tym celu można również zastanowić się nad rejestracją domen z najpopularniejszymi błędami („literówkami”).

 

Warto wiedzieć:

ICANN (Internet Coropration for Assigned Names and Numbers, czyli podmiot do nadawania nazw internetowych) „uwolnił” Internet i dopuścił nowe branżowe domeny najwyższego poziomu, tj. .bank, .radio, .online, .aaa, .vip, .news, .art, .sex i wiele, wiele innych. Dlatego warto również uwzględnić te nowe rozszerzenia, w szczególności domeny w danej branży. Nie kosztuje to wiele, pozwala za to uniknąć kłopotów w przyszłości.

 

Warto też na bieżąco monitorować naruszenia w Internecie. Wiele firm jest znanych z bardzo agresywnej polityki ochrony nazw i znaków towarowych i natychmiast reagują na najdrobniejsze naruszenia. Należy jednak wyważyć wszystkie za i przeciw, aby nie spotkać się z krytyką za przesadzoną reakcję. Przykładem negatywnych konsekwencji takiej polityki może być jeden z producentów popularnych aparatów fotograficznych, który zabronił swoim fanom używania nazwy marki w domenach, kiedy na jednej ze stron zaczęły pojawiać się negatywne komentarze nt. serwisu posprzedażowego. Podobna sprawa dotyczyła blogu kulinarnego, na którym opisana została własna receptura blogerki na bardzo znane w Polsce czekoladki. Obydwie sprawy spotkały się ze sporą krytyką ze strony konsumentów na stanowcze reakcje producentów.

 

Roszczenia z tytułu nieuczciwej konkurencji

Większość internetowych naruszeń daje się przyporządkować czynom nieuczciwej konkurencji wskazanym w u.z.n.k. Na ogół naruszenia te będą kwalifikowane jako wprowadzające w błąd oznaczenie towarów lub usług, czy też pasożytnicze wykorzystanie renomy przedsiębiorcy. Nawet jeśli danego naruszenia nie można zakwalifikować pod konkretny przepis, to pomocna jest klauzula generalna z art. 3 ust. 1 u.z.n.k., która kwalifikuje jako czyn nieuczciwej konkurencji każde „działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta.

W razie dokonania czynu nieuczciwej konkurencji, przedsiębiorca, którego interes został zagrożony lub naruszony, może żądać m.in. zaniechania niedozwolonych działań, złożenia oświadczenia o przeproszeniu, czy też odszkodowania. Odpowiedzialności z u.z.n.k. dochodzi się przed sądem cywilnym, a sądem właściwym jest sąd okręgowy. W niektórych przypadkach naruszenia w Internecie mogą także stanowić jednocześnie naruszenie prawa do znaku towarowego, czy też do naruszenia dóbr osobistych (dobra opinia, wizerunek) lub nawet naruszenia praw autorskich. Ochrona wynikająca z tych przepisów jest kumulatywna – dopuszczalne jest bowiem zastosowanie kilku środków ochrony łącznie.

Mimo braku regulacji dotyczących naruszeń prawa w Internecie, polskie przepisy są sformułowane na tyle ogólnie, że pozwalają na zakwalifikowanie konkretnych działań jako czyny nieuczciwej konkurencji oraz na zastosowanie odpowiednich sankcji za tego typu naruszenia. Warto więc dochodzić swoich praw – nieuczciwi przedsiębiorcy nie są zupełnie bezkarni, nawet w Internecie.

Do wyżej wymienionej wyliczanki można dodać:

Reverse domain hijacking (wyłudzanie domeny internetowej) praktyka, która polega na próbie przejęcia środkami prawnymi atrakcyjnej domeny internetowej, powołując się na swoje prawa do znaku towarowego/zastrzeżonej nazwy i oskarżając pierwotnego jej właściciela o naruszenie tych praw.

Przykłady:

 

Niemcy

Przykładem wyłudzania domeny jest akcja stacji telewizyjnej Deutsche Welle, która chciała uzyskać domenę dw.com od firmy Diamond Ware. To jednak jej się nie udało – WIPO napiętnowała tę próbę właśnie jako „reverse domain hijacking”.

Polska

W Polsce Krakowska Fabryka Armatur chciała uzyskać domenę armatura.pl od firmy Venga. Była to próba nieudana, a Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji zwróciła uwagę, że sporne słowo jest używane w języku potocznym i kojarzy się z wyposażeniem łazienek, a zatem nie może być kojarzone tylko z jednym podmiotem.

Kolejnym przykładem jest próba wyłudzania domeny oferta.eu od firmy TechVenture, przez abonenta domeny Oferta.pl (Wydawnictwo Prasowe A. Jezierskiego). W tym wypadku instytucją rozstrzygającą był ADR, którego orzeczenie ponownie wskazało na fakt próby zawłaszczenia słowa używanego w potocznym języku.

Następnym przykładem jest wyrok w sprawie domeny friko.pl. Powodem w sprawie była firma Onet.pl S.A., pozwanym Jarosław Krawczyk, Ósemka Internet Media. W tym przypadku próba wyłudzenia domeny także zakończyła się oddaleniem powództwa, a Sąd Polubowny ds. Domen Internetowych przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji w uzasadnieniu potwierdził m.in. że słowo „friko”, które weszło do języka potocznego jest wykorzystywane przez pozwanego w charakterze oznaczenia opisowego, wskazującego na bezpłatny charakter tego, do czego się ono odnosi.

 

Materiał, który tu został zaprezentowany na pewno nie wyczerpuje tematu, ale warto sobie z niego zdawać sprawę. Jedne domeny służą do prezentowania swojej oferty firmowej inne do wyłudzania pieniędzy jeszcze inne  do budowania zaplecza pozycjonerskiego dla różnych witryn. Nie do końca tzw. seo specjaliści rozumieją, że zaplecze pozycjonerskie nie powinno robić krzywdy innym a budowanie content marketingu powinno odbywać się z użyciem szarych komórek -jeśli oczywiście wykonywana robota ma znamiona dobrej wiary. Czy skończy się już niedługo możliwość tzw. linkowania i innych narzędzi wykorzystywanych w marketingu internetowym przez większość  witryn i jej użytkowników? Otóż Bruksela, ma w planie nałożyć pewne ograniczenia na tę sferę. A jakie jest stanowisko rządu RP w tej sprawie?

Polski rząd przyjął bardzo krytyczne stanowisko wobec propozycji brzmienia art. 11 i 13 ogólnego podejścia rady wobec dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym. Wbrew informacjom podawanym przez niektóre media polskie stanowisko w tej kwestii od początku jest niezmienne.

COREPER nie przyjął mandatu dla projektu. Komitet Stałych Przedstawicieli (fr. Comité des représentants permanents, COREPER, ang. Committee of Permanent Representatives) – instytucja, która składa się ze stałych przedstawicieli krajów członkowskich Unii Europejskiej przy Radzie w Brukseli w randze ambasadorów oraz ich zastępców.

27 kwietnia 2018 roku, podczas posiedzenia Zastępców Stałych Przedstawicieli (COREPER I) nie został przyjęty mandat dla projektu dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym. Prezydencja bułgarska zobowiązała się przedstawić nową propozycję na następnym posiedzeniu w dniu 4 maja.

Jednym z głównych powodów braku osiągnięcia porozumienia było oczekiwanie wielu państw członkowskich na wprowadzenie, w przepisach (art. 11) regulujących prawa pokrewne dla wydawców prasy, kryterium rozmiaru obok albo zamiast kryterium oryginalności. Dla Rządu RP model taki jest nieakceptowalny.

Ten kierunek negocjacji dyrektywy w konsekwencji oznaczać może, iż prawem wydawcy objęte zostaną nawet bardzo krótkie fragmenty artykułów mające charakter czysto informacyjny (np. nagłówki prasowe) i korzystanie z nich wymagałoby zgody wydawcy oraz zapłaty na jego rzecz wynagrodzenia.

Przyjęcie stanowiska Rady przez COREPER nie kończy unijnego procesu legislacyjnego. Kolejnym etapem będzie tzw. nieformalny „trilog”, tj. negocjacje z udziałem Rady, Parlamentu Europejskiego i Komisji.

Nowe podejście do praw autorskich wymuszone przez internet

Projekt dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym został przedstawiony przez Komisję Europejską we wrześniu 2016 r. Jej celem jest rozwiązanie zidentyfikowanych przez Komisję problemów dotyczących eksploatacji utworów i przedmiotów praw pokrewnych z wykorzystaniem technologii cyfrowych. Komisja uznała, że w niektórych przypadkach dotychczasowe normy prawa autorskiego wymagają aktualizacji lub uzupełnienia celem poprawy transgranicznego dostępu do treści chronionych tymi prawami oraz zapewnienia odpowiedniego poziomu ochrony uprawnionych.

Prace nad dyrektywą toczą się równolegle w Radzie UE i w Parlamencie Europejskim. Projekt wypracowany na forum właściwej grupy roboczej Rady był rozpatrywany 27 kwietnia 2018 r. na posiedzeniu Zastępców Stałych Przedstawicieli (COREPER I).

Dyrektywa wprowadzić miałaby szereg nowych rozwiązań w europejskim prawie autorskim, w tym dozwolony użytek w zakresie eksploracji tekstów i danych (text and data mining), edukacji przy wykorzystaniu technologii cyfrowych, digitalizacji zasobów instytucji kultury czy licencjonowania utworów niedostępnych w obrocie handlowym.

Najwięcej kontrowersji budzi zaproponowane przez Komisję nowe prawo pokrewne dla wydawców prasy (art. 11) oraz obowiązki dotyczące współpracy pomiędzy uprawnionymi i platformami internetowymi w celu usuwania treści naruszających prawa autorskie, udostępnianych przez indywidualnych użytkowników (art. 13). Polski rząd, popierając co do zasady konieczność dostosowania prawa autorskiego do realiów cyfrowych, przyjął bardzo krytyczne stanowisko wobec tych dwóch propozycji.

W przypadku art. 11 pierwotny projekt przewidywał, że prawo pokrewne wydawcy obejmie zarówno całość jak i każdą część publikacji prasowej. Oznaczałoby to, że prawem wydawcy objęte zostaną nawet bardzo krótkie fragmenty artykułów mające charakter czysto informacyjny (np. nagłówki prasowe). W konsekwencji korzystanie z nich wymagałoby zgody wydawcy i zapłaty na jego rzecz wynagrodzenia.

Polska stanowczo się temu sprzeciwiła i zaproponowała koncepcję domniemania nabycia praw autorskich po stronie wydawców, co pozwoliłoby uszanować zasady dozwolonego użytku, domeny publicznej i braku monopolu twórczego dla treści prasowych, które nie są utworem.

Prezydencja zaproponowała nowy projekt

Wobec tego od początku 2017 r. wokół tego pomysłu Polska zbudowała nieformalną koalicję kilkunastu państw, które utworzyły tzw. mniejszość blokującą wobec art. 11. Zmiana stanowiska kilku z nich na początku 2018 r. doprowadziła do utraty mniejszości blokującej i prowadzenia dalszych prac wyłącznie w kierunku wprowadzenia prawa pokrewnego wydawców. Jednak pomimo tego, w dalszym ciągu zdecydowana większość państw UE sprzeciwiła się przyznawaniu wydawcom ochrony wykraczającej poza ich dotychczasowe uprawnienia wynikające z prawa autorskiego. Dlatego prezydencja zaproponowała objęcie prawem wydawców tylko treści „oryginalnych”, a więc już teraz podlegających ochronie prawem autorskim. Ponadto do prawa wydawców znalazłyby zastosowanie dotychczasowe zasady dotyczące dozwolonego użytku, w tym tzw. prawo cytatu czy prawo do korzystania z informacji na temat aktualnych wydarzeń. Wydawca nie mógłby też egzekwować swojego prawa przeciwko twórcom ani innym legalnym użytkownikom danych treści. Skrócono ponadto proponowany czas ochrony – z pierwotnych 20 lat do 1 roku. W ten sposób, zgodnie z propozycją prezydencji, prawo pokrewne wydawców zostałoby fundamentalnie ograniczone w stosunku do projektu przedłożonego przez Komisję, pełniąc de facto rolę podobną jak w przypadku domniemania, tj. ułatwiając dochodzenie ochrony w przypadku naruszenia ich praw w zakresie, w jakim przysługują im one już obecnie.

Zamiast legitymowania się uprawnieniami do tysięcy utworów wystarczyłaby mu w tym względzie możliwość legitymowania się własnym, pierwotnie nabytym prawem pokrewnym. Takim rozwiązaniem mógłby się posłużyć każdy wydawca: zarówno polski jak i zagraniczny, zarówno mały jak i duży, bez względu na prezentowaną linię programową. W przypadku małych wydawców ograniczy ono koszty ochrony ich praw w razie ich naruszenia w internecie. Nie ograniczy natomiast sposobów, jakie chcą oni wybrać, chcąc dotrzeć do swoich internetowych odbiorców, a tym samym nie ograniczy dostępności treści prasowych w sieci.

Filtrowanie treści nie dla platform internetowych

W odniesieniu do art. 13 Polska, podobnie jak szereg innych państw UE, nie mogła zaakceptować zaproponowanego obowiązku filtrowania treści przez platformy internetowe, niezależnie od ich charakteru. Dlatego prezydencja zaproponowała ograniczenie tego przepisu tylko do usługodawców, którzy pełnią aktywną rolę przy udostępnianiu (tzw. „publicznym komunikowaniu”) utworów chronionych prawem autorskim przez użytkowników internetu i czerpią z tego tytułu zyski.

Usługodawcy ci będą zobowiązani do nabycia stosownych licencji, co zresztą już obecnie potwierdził Trybunał Sprawiedliwości UE. Jednak zgodnie z projektowaną dyrektywą – i to może być nowością w prawie autorskim – licencje zawarte przez usługodawców miałby obejmować także udostępnianie utworów przez samych internautów, zwalniając ich tym samym z ewentualnej odpowiedzialności za naruszenia.

W przypadku braku licencji usługodawcy byliby zobowiązani do usuwania – na żądanie uprawnionych – treści naruszających prawo lub zapobiegania ich dostępności. Obowiązek zapobiegania dostępności byłby uzależniony od proporcjonalności działań, jakie musiałyby zostać w tym celu podjęte przez konkretnego usługodawcę, w szczególności biorąc pod uwagę takie czynniki jak skala działalności serwisu, rodzaj i ilość udostępnianych utworów oraz dostępność i koszty niezbędnej technologii. Dzięki zastosowaniu kryteriów proporcjonalności, zabezpieczone zostaną interesy małych i średnich przedsiębiorców, przy równoczesnym zachowaniu adekwatności projektowanej regulacji w przypadku zmian technologicznych w przyszłości. Ponadto, przy stosowaniu tej procedury usługodawca byłby zobowiązany do uwzględnienia interesów użytkowników, w szczególności korzystających z utworów w ramach dozwolonego użytku. Będą oni mieć prawo do złożenia skargi na środki zastosowane przez usługodawcę i przywrócenia w ten sposób – jeśli skarga będzie uzasadniona – udostępnianych przez nich treści.

Z kolei „pasywni” pośrednicy internetowi, w tym w zakresie usługi hostingu danych, będą w dalszym ciągu podlegać wyłączeniom od odpowiedzialności (tzw. safe harbor) określonym w dyrektywie o handlu elektronicznym.

Stanowisko polskie niezmienne

Z powyższego wynika więc, że stanowisko rządu nie uległo zmianie. Rada UE wypracowała rozwiązanie nazwane „prawem pokrewnym”, ale mające zupełnie inny charakter, zakres i przeznaczenie niż prawo pokrewne zaproponowane pierwotnie przez Komisję Europejską. Rozwiązanie takie mieści się w ramach stanowiska polskiego rządu. Polskie stanowisko zostało przygotowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego we współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji i zatwierdzone przez Radę Ministrów.

 

żródła: www.web.gov.pl, Wikipedia, MKiDN, Ministerstwo Cyfryzacji 

 

 

Rzeź w Internecie – lektura na weekend
5 (100%) 1 głosy